#skrzatmotywuje,  bieganie

PKO Silesia Marathon 2018 – Twój bieg. Twoje zwycięstwo.

 

42 km 195 m. Maraton. Królewski dystans. Marzenie wielu biegaczy. Moje już spełnione i wiecie co? Nigdy nie byłam z siebie taka dumna! Łatwo nie było, do dnia przed startem walczyłam z kontuzją i biłam się z myślami czy stanąć na linii startu. Stanęłam, pobiegłam, a nieco ponad cztery godziny później ze łzami w oczach przekroczyłam linię mety. To był MÓJ bieg i MOJE zwycięstwo.

Debiut maratoński podobno pamięta się do końca życia. Coś jest w tym dystansie takiego, że emocje ściskają gardło, a na plecach ma się ciary. W słoneczną niedzielę 7 października 2018 roku o godzinie 13:07 płakałam ze szczęścia jak dziecko i mogę powiedzieć, że jak do tej pory było to jedno z piękniejszych doświadczeń mojego życia.

PIĄTEK, 5 października, pierwsze emocje

Odbieram swój pierwszy maratoński pakiet startowy. Już czuję się jak bohater, jest w tym coś ekscytującego. Widzę te same emocje na twarzach innych, którzy oglądają swoje numery startowe. Cykam fotkę na „ściance” i jadę ładować węgle babcinym drożdżowym ciastem. Z kruszonką. Bez kruszonki się nie liczy. 

 

SOBOTA, 6 października, pierwsze zwątpienie

Zostały niecałe 24 godziny do startu. Pakuję w siebie węglowodany (jak ja dawno nie jadłam zwykłych naleśników z białej mąki z dżemem), odpoczywam, leżę. Myśli zaczynają coraz żwawiej krążyć w mojej głowie. W tygodniu nie bardzo miałam czas na rozkminy. Intensywny okres w pracy, dużo innych zajęć, ostatnie treningi, fizjoterapia (walczyłam nadal z kontuzją!) i normalne życie. Ale w sobotę zaczynają wyłazić wszystkie pochowane emocje, niczym niektórzy politycy po wyborach. Próbuję je uciszyć, biorę się za porządki w  szafie, byle się czymś zająć. Udaje się przez chwilę myśleć tylko o tym, jaki klucz kolorystyczny przyjąć podczas układania swetrów, ale ileż można? Swetry się skończyły, a ja znowu zostaję z totalną dyskoteką w głowie. Dobra, czas iść na ostatnie rozruszanie kopyta. Ubieram się, robię izotonik, bo choć mam ledwo ponad 5 km do przedeptania, to przecież nie możemy marnować ani mikrograma glikogenu, trza uzupełniać! Słońce świeci, jest pięknie. Na bieżni lekkoatletycznej jakieś zawody dla dzieciaków z dzielnicy. Pytają po co przyszłam. Mówię, że jutro biegnę maraton. Widzę zaciekawienie i podziw na ich małych twarzach. Życzą powodzenia, mówią że też kiedyś pobiegną. A ja w głowie mam myśl „może ja też kiedyś, nie dam rady jutro”. Czemu? A temu że nadal mnie boli. Nie tak okrutnie jak tydzień temu, ale umówmy się, bieganie z bólem od pierwszych metrów nie jest fajne. Kuleję, mam niepoprawny wzorzec ruchowy, obciążam zdrową nogę. Tak sobie można iść podreptać w niedzielę na lody, ale nie biec przez 4 godziny! Przecież do tego dojdzie ból z wyczerpania, z obciążeń stricte maratońskich. Nie dam rady, to bez sensu. Wracam do domu ze łzami w oczach, ale nawet nic nie mówię mężowi. Coś tam przebąkuję, że jest dużo lepiej i zabieram się za obiad. Wszak ładowanie trzeba robić! Jem makaron, coś tam się krzątam jeszcze, przygotowuję wszystko na jutro. Gacie, koszulka, top… kurczę, który top? Chyba ten, który się kończy poniżej paska do tętna. Tak, minimalizujmy ryzyko, że mnie coś będzie obcierało czy gniotło. Dobra, to koszulkę też biorę starą, mocno wyciętą pod pachami. Skarpety, pas na numer startowy, opaski kompresyjne, czapka z daszkiem, okulary. Zegarek naładowany. Teraz żele. Wybieram smaki i planuję… pierwsze 20 km zwykłe na zmianę z izotonicznymi, potem lecimy z tymi z kofeiną. Próby rozłożenia po kieszonkach przebiegły prawidłowo. To ja może jeszcze sernik upiekę, zjemy popołudniu jutro do kawy, przecież rodzice wpadną i przyjaciółka. A oni lubią sernik. Sernik ląduje w piekarniku, a ja robię jeszcze mężowi kolację. Lekko się ślinię na widok łososia i sera pleśniowego… ehh, ale na mnie czeka coś innego, nie ryzykuję sensacji żołądkowych jutro czy uczucia pełności. Wciskam więc w siebie ten jakże pyszny ryż sauté w towarzystwie banana z lekką nutą cynamonu. Jak sobie człowiek tak nazwie ten biały, lekko rozgotowany ryż z bananem, to jakoś lepiej wchodzi. To ja może jeszcze posprzątam w drugiej szafie? Skrzacik! Marsz do łózka leżeć, nogi do góry! Jakiś głos z tyłu głowy przywołuje mnie do porządku. Biorę prysznic, ostatni raz próbuję lekko rozmasować nogę i kładę się spać. O dziwo zasypiam bez problemu i śpię jak kamień. Ze snu wyrywa mnie dźwięk budzika.

NIEDZIELA, 7 października, 5:30

Budzę się wyspana i bardzo zdziwiona faktem, że się nie budziłam w nocy. Znowu dyskoteka  w mojej głowie, ale podjęłam decyzję, że spróbuję. Najwyżej zejdę z trasy. Przecież to nie koniec świata, nikt nie umrze. Za tydzień jest w Poznaniu maraton, tam spróbuję albo w najgorszym wypadku na wiosnę. Chciałam przed trzydziestką, to mam czas. Wstaję, szybka toaleta i trzeba jeść śniadanie! Smutne białe kajzerki z miodem łypią na mnie z talerza, trochę miśków haribo i czarna kawa z cukrem. Smaruję się gdzie tylko mogę kremem na obtarcia, ubieram moje startowe ciuchy. Tejpujemy kostkę – tak mi się lepiej biega, nie mam jednego więzadłam w prawym stawie skokowym. Zakładam opaski kompresyjne na łydki, robię kucyka z użyciem mojej szczęśliwej, różowej gumki do włosów. Pakuję mężowi przekąski, wszak kibicowanie męczy, a sobie przedstartowego banana i izotonik, który chcę popijać do startu. Wyruszamy. Pogoda przepiękna, ale wiem, że będzie później lekko za ciepło jak na optymalne warunki do biegania. Mąż powtarza jak mantrę w czasie drogi – jedz i pij. Regularnie, co 5 km, nawet jak ci się nie chce.

NIEDZIELA, 7 października, 8:30

Do startu zostało pół godziny. Banan, stoperan, ventolin. Zrobione. Ostatnie łyki izo. Lekka rozgrzewka i … kurczę, znowu mi się chce siku! Do tojtojek oczywiście kolejka, jakby tam co za darmo dawali. A, dają w sumie. Ulgę. Też chcę, ale wybieram krzaczek. Nie tylko ja. W takim momencie masz głęboko w tyłku, czy ktoś zobaczy twój…tyłek. Misja zakończona sukcesem, można ustawiać się na starcie. Znajduję swój sektor. Oddaję mężowi bluzę, ostatni buziak. Trzęsę się jak ratlerek. Mam lekki atak paniki w tym tłumie, bo ja tłumów nie lubię. Poza tym ginę wśród tych wyższych ode mnie facetów obok. Przemowa prowadzącego, po której mam ciary: „nic już nie musicie, jesteście zwycięzcami”. No udało im się to, udało… 

NIEDZIELA, 7 października, 9:00, START

Ruszamy. Znaczy my po jakiejś minucie, bo sektory przed nami muszą się przewalić. Cel na początek mam bardzo przyziemny, a mianowicie nie wypinkolić się w tym tłumie. A umówmy się, moja ciapowatość, emocje, tłum – czynniki ryzyka są. Włącza się moje analityczne podejście i chcę je utrzymać jak najdłużej. Na emocje jeszcze będzie czas. Zając, gdzie jest zając? Jest! Widzę tego mojego pacemakera na 4:00, baloniki ma przyczepione. No to cel kolejny, skoro przeżyłam start i pierwszy kilometr za mną, to teraz chcę utrzymać go w zasięgu wzroku. Ale blisko się nie pcham, bo jak już ustaliliśmy nie lubię tłumu, nie lubię jak mnie ktoś szturcha. Biegnę, kontuzjowana noga jakby postanowiła zrobić mi prezent i nie boli. Jeszcze. Uśmiecham się do siebie i dociera do mnie co ja właśnie robię najlepszego. Widzę po minach ludzi wokół, że chyba właśnie też do nich dotarło. Nagle słyszę za sobą „cześć Skrzacik”. Eeee… na zwidy, głosy i majaczenie to trochę za wcześnie 🙂 Odwracam się i widzę Patryka. Spotkaliśmy się parę razy na stadionie lekkoatletycznym koło mojego domu. Jestem zdziwiona, bo celował w inny czas, ale jak się okazało musiał po chorobie zweryfikować możliwości. Ucieszyłam się, będzie z kim biec, ktoś mi utrzyma tempo, bo ja mam z tym problem. Zresztą tak zwyczajnie po prostu raźniej razem. Ustalamy, że biegniemy razem póki będzie to możliwe. Jest mniej więcej 2 km trasy, Patryk chce celować w czas 3:56, więc wiem, że to raczej ja się odłączę na końcówce, chyba że się wydarzy cud i zwyczajnie jakoś mnie dociągnie do mety za sobą. Tak się czasem dzieje, że jak masz z kim, to lecisz. Ale to nie czas na takie rozkminy, przed nami jeszcze 40 km, a maraton to taki bieg, na którym pewne jest tylko to, że nic nie jest pewne…

NIEDZIELA, 7 października, pierwsze 10 km

Niesiona adrenaliną ze startu i ucieszona obecnością Patryka nawet nie wiem, kiedy mija pierwsza piątka. Na 6 km zauważam męża. Biegniemy akurat blisko mojego biura, moją codzienną drogą do pracy. Pierwszy raz robi mi się tak cudownie ciepło na serduszku. Dostaję kopa energetycznego, choć może to jednak po żelu? Lecimy dalej. Na mniej więcej 8 km czeka kumpel z pracy z wodą, fajnie, nie muszę zatrzymywać się na bufecie w tym tłumie. Połowę wypiłam, połową się polewałam, bo zaczyna się robić coraz cieplej. Zjadłam już dwa żele, piłam dwa razy. Myślę sobie, jest całkiem ok. Mijamy znacznik 10 km. Zaczyna lekko boleć noga, ale nie, nie ta kontuzjowana. Czyli już zaczęłam przeciążać prawą. Kurczaki, byle wytrzymać…

NIEDZIELA, 7 października, półmaraton za mną

Zagryzam zęby, staram się biec równo. Skupiam się na tym. Prawa, lewa, prawa, lewa, nie kulej mała, rozluźnij się! Nagle dostrzegam pomarańczową koszulkę męża. Ej, tutaj miało go nie być! Który to kilometr? Oczywiście znowu robi mi się fajowo na serduchu, noga jakby lepiej podaje. Wbiegamy na Nikiszowiec. Tłum kibiców, piękne widoki, przebiegamy obok lodowiska, na którym uczyłam się jeździć na łyżwach w wieku 3 lat. Mam ciary na plecach, po policzku płyną łzy. Jem kolejny żel, łapię wodę na bufecie, staram się nie wychrzanić na nierównym bruku. Przybijam piątki jakimś dzieciakom. No fajnie jest. Połowa trasy wypada w Mysłowicach, moim rodzinnym mieście. Biegniemy jakiś kilometr od miejsca, w którym się wychowałam. Znowu wzrusz, bo to człowieka jakoś tak rusza. „Mamy to” mówi Patryk, półmaraton za nami! No, to jeszcze tylko raz tyle przed nami.

NIEDZIELA, 7 października, koniec rozgrzewki

Podobno maraton to takie 30 km rozgrzewki i 12 km biegu. Magiczna linia trzydziestego kilometra nadal przede mną. Jest stres, jest ekscytacja, jest duża doza niepewności. Przeciążana noga, a raczej stopa i brzuchaty łydki coraz mocniej dają o sobie znać, ale staram się o tym nie myśleć. Mijam 22 km, gdzie jest mąż? Halo?! Miał tu być, dać wodę do polania. Robi mi się przez sekundę jakoś tak smutno…ale widzę go, jest! Jem trochę żelka, który mi podaje jako dodatkowy, piję, polewam się sowicie i oddaję resztę wody ludziom obok. Jedna butelka wody, a tyle radości dla co najmniej 4 zawodników, hehe. Jest ciepło, nawet bardzo. Słońce nie chce się schować za chmury, biegniemy w otwartej przestrzeni, od asfaltu zaczyna też być już ciepło. Podbiegi, o ile do tej pory dla mnie niezauważalne, tak teraz zaczynam je odczuwać. A podbiegi na trasie Silesia Marathon są i jest ich dużo (ponad 300 m przewyższeń, co w klasyfikacji road maratonów dużych maist w Polsce chyba daje mu pierwsze miejsce). Mniej więcej za 26 km Patryk łapie czekoladę, którą podają wolontariusze. Nie powiem, korci mnie, nęci. Wszystko wokół pachnie czekoladą i ciastkami. Mnie już zaczyna lekko mdlić od żeli, ale jestem twarda. Wiem, że to mi nie zrobi dobrze. Praktycznie widzimy już przed sobą znacznik magicznego 30 km. Patryk słabnie na podbiegu, mówi, że mam lecieć dalej sama, on musi zwolnić, ja mam szansę powalczyć. No to lecę, ale znowu płaczę. Tym razem czuję się jak opuszczone w lesie dziecko. Wiecie, tak nagle ktoś Wam zabiera kompana. Nie mam pomysłu na dalszy bieg. Zaczynam rwać tempo, zaczynam odczuwać zmęczenie. Szybko, Anka, jakiś mały cel sobie wyznacz, bo będzie po tobie…

NIEDZIELA, 7 października, najgorsze biegowe 12 km mojego życia

Wiem! Izotonik od męża na 32 km. Tak, napiję się i zdecyduję co dalej. Widzę go! Łapię izotonik, piję choć wcale mi nie smakuje. Przebąkuję, że może to już koniec, że to bez sensu. Boli zdrowa noga, zaczynam też czuć bardzo napiętą dwójkę w tej kontuzjowanej, mówię o tym wszystkim. Dostaję motywacyjnego kopa, ktoś we mnie wierzy i za chwilę będzie tulił na mecie. To ja może jednak spróbuję. Już tylko 10 km zostało. No ej..taka luźna dyszka, sobie myślę. Biorę się więc w garść i próbuję przeanalizować sytuację. Skurcze? Brak! To dobry znak, po drodze mijałam już wielu, którzy z nimi walczyli. Ból? W sumie do zniesienia. Głowa? Głowę sobie zaraz ogarnę, zajmę czymś myśli. Stan energetyczny? Nadzwyczajnie dobry, wszak żrę po drodze na potęgę, regularnie. Wiem, że bariery 4 godzin nie złamię, zając mi uciekł. Nie chcę cisnąć jakoś bardzo, nie wiem jak mój organizm się zachowa, nie wiem co z nogą. Wszak to debiut. Debiut po ledwo 3 miesiącach regularnego biegania, walki z kontuzją. Halo, Anka, już jesteś wygrana. Tak sobie powtarzam i lecę dalej. Tempo spada, ciagłe podbiegi są coraz bardziej wkurzające, zaczyna też mocno wiać. Oczywiście #wmordęwind! Ale ja biegnę. Ciągle biegnę. Mijam wielu. Padają jak muchy, bo mają tak zwaną ścianę, to widać. Są też tacy, co przechodzą do marszu na podbiegach. Ja cisnę swoje, co jak co ale podbiegi to mnie ruszać wybitnie nie powinny. I tak sobie gadam do siebie w myślach i na głos. Im bliżej mety, tym coraz więcej kibiców. Fajni są, dają energię, krzyczą do nas po imieniu. Tak sobie myślę, że choćbym się miała doczołgać, to ukończę. Pojawia się ogromna wola walki, ale nie taka chora za wszelką cenę. Robi mi się błogo. Już jestem z siebie dumna. Próbuję wynajdywać osoby, za którymi chcę biec, ale wszyscy albo po chwili zwalniają albo za bardzo przyspieszają, więc ja znowu zostaję wyrwana z rytmu. Wkurza mnie to, tracę energię Dodatkowo trzy razy musimy przepuszczać karetkę, schodzić z trasy. To też nie pomaga. Zaczyna się walka głowy z ciałem. Maraton to walka i trzeba być na nią gotowym.

NIEDZIELA, 7 października, najpiękniejsze biegowe 300 m mojego życia

Walczę dzielnie. Im bliżej mety, tym więcej kibiców. Wyprzedzanie innych też dobrze robi na psychikę. Wpadam na ostatnią prostą. Jest, widzę go. Stadion Śląski. Kocioł Czarownic. Ostatni podbieg. Niektórzy jak go widzą, to klną soczyście na głos. Wbiegam na stadion, zaczynam rundkę honorową po nowiuśkiej bieżni lekkoatletycznej. Słychać spikera, tum kibiców na trybunach. Coś niesamowitego. Znowu mam ciary na plecach, nogi niosą mnie same, choć kuleję trochę. Ręce w górę i przekraczam linię mety. Zrobiłam to, przebiegłam maraton! Czas netto 4:06:03, ale to nie ma znaczenia. To ukoronowanie ciężkiej pracy, czasem bólu i ogromnego zmęczenia, wielu wyrzeczeń, często skomplikowanej logistyki treningowej. Przygotowanie do maratonu to wiele przepracowanych godzin. Nie da się tego zrobić tak o, z marszu. Medal dynda na mojej szyi, dostrzegam męża na trybunach. Łzy płyną mi po policzkach. Idę jak zahipnotyzowana do wyjścia, odbieram po kolei a to izotonik, a to wodę, kanapkę, batoniki, kos termiczny…niosę to wszystko w rękach, nawet mi się pić nie chce. Jak w transie próbuję w tym tłumie odnaleźć męża. Jest! Tulę się i wszystko ze mnie schodzi. Jest radość. Jest duma. Czuję się jak superbohater!  Podobno nie wyglądam jakbym właśnie maraton przebiegła. Idziemy chyba z kilometr do samochodu, a ja wyrzucam  z siebie morze słów. Wyrzucam wszystko, o czym myślałam przez te cztery godziny, opowiadam każdy kilometr trasy. Czas wrócić do domu. Chcę pod prysznic. Chcę na zasłużoną pizzę z najbliższymi. No i sernik przecież też czeka. Wszak biega się po to, żeby móc jeść więcej ciastków 🙂 

 

PONIEDZIAŁEK, 8 października, nie mam nawet czasu się zastanawiać czy mnie coś boli

Nie budzę się wyspana. Budziłam się w nocy. Trudno. Poniedziałek, trzeba do roboty! A tej jak na złość jest ogrom. Jak się coś ma sypać, to oczywiście dzień po tym jak przebiegasz swój pierwszy maraton. A jak! Trochę chodzę na prostych nogach, ale nawet nie wiem czy jest bardzo źle, bo nie mam czasu się nad tym zastanawiać. Korporzeczywistość przytłoczy mnie tak już do końca tygodnia, jak się potem okażę i dlatego relację czytacie dopiero teraz. 

Za mną debiut. Debiut na trudnej trasie Bez ściany, z bólem jak najbardziej na akceptowalnym poziomie. A tydzień wcześniej jeszcze nie byłam w stanie ze schodów zejść bez łez. Ale jak to mówią: ból jest chwilowy, chwała trwa wiecznie. I coś w tym jest. Jest apetyt na więcej! Zakochałam się w tych emocjach 💕Ogromne brawa dla mojego męża za cierpliwość w trakcie przygotowań, wsparcie na trasie i za te wszystkie masaże i wiarę we mnie przede wszystkim. I oczywiście dla wszystkich wolontariuszy i kibiców – zrobiliście kawał dobrej roboty na trasie! Prezesie, to była najlepsza woda jaką piłam! Monika, dziękuję, że byłaś. I szacunek dla każdego, kto się kiedykolwiek zmierzył z królewskim dystansem. Jesteście wielcy!

Mogę w końcu o sobie napisać #marathongirl. Było warto! Nie potrafię opisać swojej radości i dumy. Najpiękniejsze w tym całym bieganiu są właśnie emocje.