#skrzaciebeskidy,  podsumowanie miesiąca,  slow życie,  turbo obroty

Podsumowanie #jesień2020

Mam za sobą twórczy kryzys. Byłam chyba tak zmęczona i przytoczona wbrew pozorom tym rokiem, że na samą myśl klepania czegokolwiek w klawiaturę po godzinach pracy robiło mi się niedobrze, a jednocześnie miałam we łbie pustkę. Dlatego nie było ani podsumowania października ani listopada. Zapraszam Was zatem na podsumowanie całej jesieni, włączając w to grudzień, bo zima jeszcze nie przyszła.

To były, a właściwie nadal są, bo grudzień się jeszcze nie skonczył, kompletnie różne od siebie miesiące pod względem sportowym. Pożegnałam sezon rowerowy, powitałam narciarski, coś tam poszurałam odnóżami po górach. I tak jak wydawało mi się początkiem listopada, że się obijam, tak teraz widzę, że nie do końca. Może dlatego warto robić podsumowania?

Skrzat nadal (nie) biega

Tuptam. Nic biegowo nie trenuję. I chyba mi tak z tym dobrze, a w sumie zauważam progress. Może nie w szybkości, może nie w wytrzymałości na długich dystansach (chociaż tego zwyczajnie nie mam jak sprawdzić), ale w sile w górach na pewno. I tak to póki co zostawmy, nie mam potrzeby nic zmieniać w tym temacie, choć pewnie wielu tuptania bez celu treningowego nie zrozumie. A ja mam to gdzieś, bo ja z aktywności muszę czerpać przyjemność i nie robić niczego na siłę. Kto wie, może sobie na 2021 jakiś biegowy konkretny cel znajdę, to wtedy to moje bieganie będzie mniej chaotyczne.

W październiku przebiegłam 150 km, w listopadzie 134 km, a w grudniu niecałe 100 km. W większości to górskie albo trailowe kilometry – łącznie 15365 m przewyższenia, co daje średnio ponad 400 m w pionie na jedną treningową sesję. Not bad, jak to mówią, ale tyle co ja w miesiącu, to “zawodowi amatorzy” w tydzień biegają.

Zaliczyłam też zawody dwukrotnie, a nawet trzykrotnie. Na początku października wbiegłam jako pierwsza kobita na metę Marszobiegu na Czantorię, potem wywinęłam orła na Orłowa Trail (obszerna relacja TUTAJ), a w listopadzie we własnym zakresie zrobiłam Piekło Czantorii, bo zawody się ostatecznie nie mogły odbyć.

Trzeba wiedzieć kiedy z roweru zejść, niewypizganym

Kręciłam jeszcze w październiku co nieco – 185 km, nawet więco co nieco w listopadzie – 200 km i przesiadłam się 5 listopada na trenażer. Do dzisiaj wykręciłam prawie 23 godziny i zaraz dołożę kolejną. Czy ja lubię chomikowanie? Lubię, serio. Biegania na bieżni nie znoszę, a kręcenie w miejscu mi nie przeszkadza nic a nic. Ale przeszkadza mi rowerowanie w deszczu, w zimnie, na mrozie i dla mnie sezon się po prostu kończy w pewnym momencie i nie trwa jak u niektórych cały rok. Niech sobie każdy robi, jak chce i jak mu pasuje.

Dorosłam do spacerowania

Tak, coraz częściej chodzę. Mam świetnego kompana do chodzenia po górach – mamcię. To jest zawodnik nie do zdarcia i sporo razem przespacerowałyśmy. Po płaskim zabieramy jeszcze Moniuszka mojego, a i Pan Munż zaliczył wycieczkę na Wielką Raczę z teściową i ze mną i do dzisiaj dochodzi do siebie 🙂 Oprócz tego były Góry Opawskie z przyjaciółmi, Babia Góra bez wiatru (wiem, to jak w totka wygrać), było winterwonderland na Klimczoku w babskim gronie. No dużo tego bylo nawet, sto kilometrów spacerowania. Starzeję się…

Dodatkowo sporo czasu spędziłam na macie – ponad 44 godziny! Treningi funkcjonalne, mocno wzmacniające, joga, machanie ciężarami – to wszystko jest potrzebne w życiu biegaczki, rowerzystki i narciarki.

Królowa dynia

Jesień, jak to jesień – dyniowa! Z dynią pojawiło się bardzo dużo przepisów – makarony, sałatki na ciepło, sernik, placuszki… ale jesień wygrał chyba chałwowy sernik. Znajdziecie to wszystko bez problemu na Instagramie pod gasztagiem #skrzatoprzepisy i #jedzdobrzezeskrzatem

Dalej mam fazę na pieczenie chleba i jestem z każdym bochenkiem coraz lepsza. Nadal też uwielbiam karmić ludzi i celebrować duże, wspólne śniadania. Choć w ograniczonym gronie, nie tylko ze względu na pandemię. Ja po prostu jestem towarzyskim aspołecznikiem, jak to lubię nazywać.

Nowa miłość

Przepadłam skiturowo już w zeszłym roku, ale dopiero w tym dorobiliśmy się własnego sprzętu. Padło na K2 i napiszę niebawem coś więcej o tym, na co się zdecydowaliśmy i jak nam się to sprawda. Wstrzeliliśmy się idealnie, bo wiadomo, stoki zamknięte, a nawet jak były jeszcze otwarte, to warunki na zjazdówki były delikatnie mówiąć marne i cieszę się, że miałam od razu inną opcję i zaledwie trzy razy pokusiłam się o zjeżdżanie na siłę po brejowatym śniegu. Skitury to chyba najlepsza decyzja końcówki roku #tylewygrać

Czekam tylko na śnieg, bo ileż można łazikować po stokach narciarskich góra-dół?

Tyle z tej jesieni było. A, urlop zaczęłam 16 grudnia i dopiero dzisiaj zaczynam czuć, że odpoczywam. To znak, że go naprawdę potrzebowałam. Mój mózg i moje ciało. I mam zamiar więcej o siebie dbać w następnym roku. Ale ciii… podsumowanie roku i plany na następny będą niebawem.