Podsumowanie miesiąca #grudzień2018 i sportowe podsumowanie roku

Grudzień najpierw mnie dość mocno sponiewierał psychicznie i fizycznie, a potem rozleniwił do granic możliwości. Czyli jak to w życiu bywa, bilans na zero. Styczeń mnie za to wziął z tak zwanego zaskoczenia. Dlatego podsumowanie grudnia czytacie dopiero dzisiaj, 9 stycznia. Ale po kolei…


Początek grudnia był bardzo intensywny – dopinałam mnóstwo spraw zawodowych i prywatnych przed urlopem. Chciałam spotkać się z przyjaciółmi i z rodziną, bo w okresie świątecznym miało nas nie być. Do tego dołóżmy problemy na budowie (pozdrawiam pana instalatora, który zapomniał zrobić podłogówkę w łazience), stłuczkę, wizytę w sądzie w charakterze świadka, nagły ból zęba i mamy przepis na totalną katastrofę logistyczną. A jednak ogarnęłam jakimś cudem. Na oparach, ale ogarnęłam. Chyba tylko wizja trzech tygodni urlopu trzymała mnie przy życiu. I takim oto sposobem dotrwałam do 13 grudnia i udałam się na zasłużony odpoczynek do Dubaju, do przyjaciółki.

 

Trenowałam coś?

No oczywiście! Na sport czas znajdę zawsze. Niekoniecznie początkiem grudnia byłabym w stanie zrealizować zaawansowany plan np. do triathlonu, ale nawet ten okres w statystykach wypada całkiem dobrze. Zazwyczaj ludzie w takim natłoku spraw odpuszczają treningi, zapominają że aktywność fizyczna może im pomóc. Wydzielają się endorfiny, odreagowujemy, mamy odskocznię. Wystarczy tylko pokombinować tak, żeby nam pasowało. Grudzień zaczął się w weekend, więc ja od razu dwa dni spędziłam na nartach. Znaczy poranki.


 

Potem do urlopu głównie bawiłam się w chomika na trenażerze, wykorzystując „wolne” chwile i trochę treningu siłowego wpadło. Zaliczyłam też jedną wizytę na basenie i jeden bieg, ale nadrobiłam mocno podczas urlopu. Bo na urlopie to ja zasuwałam jak mały samochodzik! Prawie codziennie biegałam i pływałam w basenie. I leżałam w hamaku. I jadłam ciastki. Dużo ciastków. Czyli znowu mamy bilans na zero. Chyba to będzie hasło grudnia #bilansnazero 🙂 


Nowe ciuchy biegowe najlepszą motywacją

 

Mając basen prawie na wyłączność żal było nie korzystać codziennie

 

W ogólnym zestawieniu grudzień nie wypadł źle! Łącznie ponad 42 godziny aktywności, w tym 13 h biegania (141 km), 8 h pływania (26,5 km), ponad 7 h na siłowni, 7 h zabawy w chomika i 6 h na nartach. Doliczam w myślach lepienie setek pierogów i jest już całkiem dobrze.

 

Dieta. W grudniu? Na urlopie? Pfff…

Urlop, „roztrenowanie”, święta… muszę coś dodawać? Przez cały rok nie zjadłam tylu słodyczy! Serio. Pomijając święta i masę pierniczków, to dostawa kit katów o różnych smakach prosto z Japonii czy m&m’sów z ze Stanów zrobiła swoje. 

 

Makowiec wcinałam bez opamiętania! Jak narkoman…

 

Nawet drink się zdarzył! A co! Wakacje!

 

Bilansowałam to wszystko zdrowymi sałatkami w porze obiadowej. Przynajmniej tak sobie to z przyjaciółką tłumaczyłyśmy, pakując w siebie kolejne ciastko do kawki. Ale heloł… wakacje!

 

Zdrowo i kolorowo

 

Przed wylotem zrobiłam też całkiem dobre danie z brukselką – klik

 

Co jeszcze robiłam w grudniu? Nic. Miałam pisać, miałam się uczyć. Nie robiłam nic. W hamaku leżałam, gotowałam, słońcem się cieszyłam, książki czytałam. Totalny reset. Organizm odmówił współpracy. Jedyna decyzja, którą byłam w stanie podjąć to ta czy kupić różowe spodenki i różowe okulary.

 

 

A jaki był cały 2018?

Gdybym miała wybrać jedno słomo opisujące miniony rok, wybrałabym przełomowy. Kiedyś bym sobie na to „nicnierobienie” nawet na urlopie nie pozwoliła. Biłabym się z myślami, miała wyrzuty sumienia. Zrozumiałam jednak  że motywacja motywacją, ambicje ambicjami, ale czasem trzeba odpuścić. Jaki jeszcze był 2018? Był pełen wrażeń, nauki, pstryczków w nos, pokory, przewartościowania wielu rzeczy i zdecydowanie obfitował w emocje. Był początkiem życia na własnych zasadach i spełniania marzeń.

 

Był sprawdzianem siły fizycznej i charakteru. Mój poziom aktywności fizycznej osiągnął dotychczasowe maksimum. Nigdy nie byłam tak sprawna! Zaczęłam suplementować chlor i regularnie wypijać wodę z basenu, wkręciłam się w bieganie górskie, zostałam maratonką i przekonałam się do szosy.

 

  • Przepedałowam prawie 1800 km (a na trenażerze spędziłam 106 h)
  • Przekopytkowałam ponad 1000 km
  • Chlor ćpałam przez ponad 20 h (70 km)
  • Na siłowni spędziłam ponad 80 h
  • Krawędzie nart zdzierałam przez prawie 300 km

 

Jestem gotowa na kolejny rok. Będzie dobry, choć trudny.

Wam życzę spełniania marzeń, bo ja spełnianie swoich mam zamiar kontynuować.

 


Chcesz widzieć wszystkie moje treningi? Znajdziesz mnie na Strava i na Movescount.