#skrzaciebeskidy,  #skrzatmotywuje,  podsumowanie miesiąca,  slow życie

Podsumowanie miesiąca #kwiecień2020

Kwiecień plecień. Podobno. Chociaż nie przypominam sobie, żeby kwiecień pogodowo mi doskwierał. Wręcz przeciwnie, pogoda wymarzona była, a lasy zamknięte. Ale może nie poruszajmy tematu, który budził tyle kontrowersji. Każdy postępował, jak uznał za słuszne i nie ma co drążyć. A z newsów, to ja nie przetrenowałam w kwietniu ani godziny.

Tak, dobrze czytasz. Ani godziny. Ani minutki. Bo ja nie trenowałam w kwietniu. Byłam aktywna, nawet bardzo, ale nie trenowałam. Nie mam celu na horyzoncie, zawody odwołane (nie licząc Rzeźnika, ale nie chcę się denerwować póki co, myśląc o postawie organizatorów), starty kontrolne też się wykruszyły. Czy mi źle? Nie, bo mam inny cel. Pisałam już o tym w podsumowaniu marca. Moim celem jest zdrowe ciało, spokojna głowa i radość z każdej formy aktywności. A łącznie budowałam to przez 60 godzin w poprzednim miesiącu.

W separacji z bieganiem?

Przebiegłam ledwo 130 km w kwietniu. O rany, beznadziejnie, można by rzecz. A ja mam wywalone na to. Robiłam w kwietniu to, na co miałam ochotę i co było bezpieczne. Biegałam tyle, ile chciałam, a nie tyle, ile musiałam. Odkrywałam nowe trasy w bliskiej i dalszej okolicy. I pewnie gdyby nie obecna sytuacja, jeszcze długo bym ich nie odkryła, bo wychodząc na trening, szłam w znane i “przeliczone” miejsca.

Jak widać najwięcej czasu spędziłam na trenażerze, bo kontynuujemy swoje babskie tele treningi i wióry lecą trzy razy w tygodniu. Zaliczyłam nawet swój pierwszy w życiu test ftp! Strach się bać! Ale były też nieśmiałe pierwsze wyjścia na mtb.

Zakochanie w jodze trwa nadal. Wzmacniające treningi idą pełną parą. Domowa siłownia ma nowe nabytki, choć ja głownie bazuję ma obciążeniu własnego ciała. Czy widzę spadek masy mięśniowej? Nie. Powiedziałabym nawet, że w życiu nie miałam tyle czasu na trening uzupełniający. Można? Można.

Ćwiczyłam nawet na własnym kawałku trawy w ogrodzie 🙂

Do startu gotowi…START!

A do czego? A do sezonowych dóbr. Tego nam póki co nic i nikt nie zabiera. A ja mam w planie korzystać do oporu. Czekam najbardziej na truskawki, rabarbar i czereśnie. Szparagi i botwinka już gościła na moim stole.

A jeśli jeszcze zalegają Wam cytrusy w kuchni, to spróbujcie zapiec z odrobiną cukru grejpfruta pod grillem w piekarniku i zjeść z kardamonowym jogurtem/serkiem kremowym i pistacjami. Po przepis zapraszam tutaj.