podsumowanie miesiąca,  slow życie,  turbo obroty

Podsumowanie miesiąca #lipiec 2020

Lipiec był na maksa rowerowy. I na maksa rozkosznie rozpustny. Był też czasem powrotu do biegania. Powoli, ale jednak. Był taką kwintesencją slow życia na turbo obrotach. Czyli fajnie było.

Na początku lipca udało się zobaczyć z bardzo ważnym dla mnie ludkiem. To już chyba taka tradycja wakacyjna będzie, że wrocławskie krasnale wpadają w Beskidy i wyruszamy na szlak. Tym razem Padło na Kotarz i Malinów. Pogoda była wręcz wymarzona, choć nocne ulewy nie wskazywały na to, że tak będzie. W przerwie były oczywiście pierogi na Salmopolu i powiem Wam szczerze, że tak jak zawsze polecałam to miejsce, tak ostatnio się któryś raz z rzędu rozczarowuję i chyba przestanę polecać. No nic, trzeba zabierać więcej batoników do kieszonek.

Biegowe buty znowu w użyciu

Czy 11 biegowych sesji to już powrót do regularnego biegania? Chyba tak. Nie do trenowania pod cokolwiek. Do biegania. Z uśmiechem na ustach, dla przyjemności. Odważyłam się nawet potuptać w górach! Stopa ma się dobrze w terenie. Można latać. Ale z głową. Nie będę za szybko biegowych ciżemek zużywać, bo kilometraż miesięczny na skrzacim koncie to ledwo 93 km. Naprodukowałam się nawet o tym moim podejściu obecnym i drodze do niego i dlaczego nie celuję w ukochane (tak, nadal ukochane) ultra. Można poczytać tutaj.

Lipiec zamknęłam sesją biegową Fantastic Team! Takie piękne zdjęcia nam zrobił Wojtek. To teraz trzeba biegać, żeby nie było, że tylko do zdjęć pozuję 🙂

Rower jest wielce ok, urlop rowerowy również

Podobno to do kolarstwa mam największe predyspozycje. Możliwe. A na pewno najwięcej serducha. W lipcu zrobiłam ponad 800 km i ponad 10000 m w pionie! Do tego trzy sesje na trenażerze wpadły. Nie ma lipy, jak na kogoś, kto nie trenuje. A nie, wróć. Chyba obecnie trenuję. Nie powiem, żeby jakoś zawzięcie , pilnując każdego wahnięcia pulsometru, ale jeżdżę skupulatnie co trenejro Babskiej Korby zada, a nawet więcej.

No co, TURBOustawki i towarzyskie jazdy same się nie zrobią 😉 A zacne jazdy odbyły się w lipcu w zacnych składach!

Zaliczyłam też spontaniczny urlop rowerowy. No taki w połowie rowerowy. Druga połowa to babcina kanapa i babcine przysmaki. Czy balans. Nie bardzo mieliśmy pomysł, jak w tym roku zorganizować wypoczynek, bo wiosenny nie wypalił ze względów wiadomych, do grudnia daleko (bo zawsze długi urlop mamy pod koniec roku). I od grudnia daleko, bo na ostatnim wywczasie byliśmy pod koniec ubiegłego roku. I tak jakoś w sumie nie wiem jak, podjęliśmy decyzję, że tegoroczne wakacje spędzimy w Bieszczadach. Wiadomo, rzućmy wszystko i jedźmy w Bieszczady. Podobnie pomyślało pewnie pół polski, bo jak obdzwoniłam sporządzoną przeze mnie listę agroturystyk bądź innych tego typu wyjątkowch w moim mniemaniu i odludnych miejsc… to się okazało, że na urlop to my pojedziemy tam, a i owszem, ale w październiku. A tu głowa i ciało (i korpo) chciał mego relaksu już teraz natychmiast. No to zabraliśmy szoski, biegowe ciżemki i wylądowaliśmy u babci w Sanoku. Oprócz nadprogramowych kilogramów udało się też w ciągu tych kilku dni zaliczyć Wielką Pętla Bieszczadzką, podobno jedną z najciekawszych rowerowych pętli w kraju – 144 kilometry przez Bieszczadzki Park Narodowy, cztery parki krajobrazowe oraz liczne urokliwe miejscowości. Rowerowy „must ride” dla wielu amatorów kolarstwa. Nie powiem, sama napaliłam się jak szczerbaty na suchary, a czy nie umarłam z głodu, możecie poczytać tutaj. Niech podpowiedzią będzie mój większy entuzjazm na myśl o babcinych pierogach niż o powtórzeniu tej trasy.

Strava czy strawa

Nie powiem, ładnie wygląda w liczbach ten mój lipiec, biorąc pod uwagę ilość pracy i innych obowiązków i założenie mimo wszystko luzu w tych sportowych aktywnościach. Idę w dobrą stronę i to mi się podoba. Dużo jogi i innych aktywności uzupełniających.

A po co to? No wiadomo, żeby jeść! To bezsprzecznie moja ulubiona dyscyplina 🙂

Sierpniu, bój się! Nadchodzę i pożrę Cię w całości.