Podsumowanie miesiąca #lipiec2018

Podsumowania są fajne. Pokazują ile już zrobiłeś, motywują do dalszego działania. Dlatego stwierdziłam, że będę pisała podsumowania każdego miesiąca.  Trochę dla siebie, a może też trochę dla Was. Może kogoś zmotywuję, pokaże drogę, zainspiruję. 

Lipiec był miesiącem, w którym mój utarty plan treningowy, o ile można było to tak nazwać, zmienił się diametralnie. Potrzebowałam nowych bodźców, celów. Do tej pory stawiałam na treningi siłowe w tygodniu i cardio/interwały w weekend w postaci nart czy roweru. Bez konkretnego celu, dla przyjemności. A że wymyśliłam sobie maraton, to musiałam zacząć działać. Rozpisałam plan treningowy (klik), powiesiłam na lodówce i … no właśnie, co mi z tego wyszło?

Nie powiem, że było łatwo. Nie biegałam nigdy takich objętości (długie wybiegania) ani takiego tempa (treningi szybkościowe). Moje stawy, mięśnie i kości nie są przyzwyczajone do tego typu wysiłku. Rower i narty to jednak inna bajka, o treningu siłowym nawet nie wspomnę. Po pierwszych dwóch długich wybieganiach ledwo chodziłam, bolały mnie nie tyle mięśnie, co ich przyczepy, ścięgna i stawy. Ratowałam się masażami i rolowaniem. Bez tego ani rusz. Dlatego jeśli jeszcze nie masz rolera, to biegnij do sklepu. Radzę też mieć na oku fizjoterapeutę. Ok, ja zafundowałam sobie dość szokową zmianę w treningach i zaczęłam od razu dość mocno, jednocześnie nie rezygnując z rowerowych weekendów (choć raczej w wersji bez ostrego łomotu). Tobie, jeśli nie biegasz anie nie uprawiasz innych sportów, odradzam pójście w moje ślady. Organizm odmówi posłuszeństwa, a Ty się zrazisz i rzucisz to w cholerę.

We wtorek (31/07) zrobiłam najcięższy trening chyba tego roku. Pod względem psychicznym głównie. Od pierwszego kilometra walczyłam z ogromnym bólem pasma biodrowo-piszczelowego w lewej nodze i ogólnym zmęczeniem materiału. To było jedno z tych wybiegań, podczas których wleczesz się jak żółw, człapiesz z nogi na nogę i nie wiesz co się dzieje. Tempo ślimaka, oddech ok, tętno w pierwszym zakresie… a nie szło! Nogi miałam najpierw jak z ołowiu, potem jakby nie swoje, nie słuchały mnie wcale. Każda komórka ciała mówiła „stop, zatrzymaj się!” A ja doskonale wiem, że takie treningi robi się głową. Choć bez pomocy męża, który dowiózł mi bidon na trzynastym kilometrze i został obok już do końca, aż nie zobaczyłam zaplanowanych dwudziestu pięciu na zegarku, to nie wiem czy bym dała radę. Takie dni i takie treningi się też trafiają i musicie wiedzieć, że jest to całkowicie normalne.

Moje treningi pod względem czasu trwania i dystansów w lipcu, w skrócie wyglądały tak (trening do maratonu zaczęłam 17 lipca):

A tak prezentuje się rozkład w poszczególne dni:


W soboty łączę trening biegowy z rowerowymi przejażdżkami, co daje mi trochę w kość. Ale z każdym tygodniem jest lepiej, czyli forma chyba rośnie. Dbam o regenerację i uzupełnienie glikogenu (hahaha).

Dużo czasu i uwagi poświęcam na stabilizację, rozciąganie i rolowanie. To bardzo ważny element treningu biegacza. Odpuścisz na tym polu, od razu to poczujesz na treningach i po.

Mój plan na sierpień jest bardzo ambitny, dodatkowo myślę o przebiegnięciu półmaratonu górskiego (19/08 Wisła) albo ewentualnie dyszki, jeśli stwierdzę, że dzień słaby. Gdyby wrażeń było mało… kupiłam rower szosowy! Czekam jeszcze na pedały i będę pewnie chciała też coś pośmigać. Czy mi się uda to wszystko połączyć? Dowiemy się za miesiąc, na pewno zdam relację.

Gdyby ktoś chciał śledzić moje treningi na bieżąco, to można mnie znaleźć na Suunto Movescount i na Strava.