Podsumowanie miesiąca #listopad2018

41 godzin, 48 minut. 357,9 km. Dokładnie tak w liczbach wyglądał u mnie listopad. Po leniwym październiku wróciłam do gry, chociaż jeszcze bez konkretnego celu, bez dużych obciążeń, bez planu działania. Robiłam to, na co miałam ochotę. 


Co ciekawe największy procent moich aktywności to rower (prawie 15 godzin, 231 km)! Nie, nie trenażer. Rower. W listopadzie. Górski na dodatek (bo szosa już wpięta do trenażera). Bywało różnie z pogodą…słońce, deszcz, mgła. Zaliczyłam chyba wszystko. Na trenażerze wyjeździłam tylko 4 godziny, hmm… czyli może lepiej bym wyszła na tym, gdyby szosę na listopadowy czas uwolnić od Tacxusia 😉

 

Bywało pięknie i słonecznie….


Bywało też pięknie i jakby mniej słonecznie. Grunt to dobre ubranie!

 

Jednak zawsze była jakaś miła nagroda za dzielne pedałowanie.

 

Bieganie dość mocno kulało w listopadzie. Niecałe 98 km, 10h. Mało, ale wystarczająco żeby podtrzymać formę i nie zapomnieć jak się biega. Ae był i start górski i trochę trailowych treningów.

Bieganie w listopadzie rozpoczęłam „na krótko”.

 

Po drodze była klasyczna listopadowa pogoda.

Był też epicki wschód słońca na Równicy.

I wspomniany start w Górskiej Przygodzie.

I kończyłam miesiąć wschodem słońca na Małej Czantorii, przy minus 11 stopniach!

Pływałam mało, 3 godziny z hakiem, 10 km. Na urlopie chcę się bardziej postarać, a od nowego roku ruszyć z jakimiś pływackimi zajęciami. Wkręcam się coraz bardziej i zakochuję w pływaniu. 

Co jeszcze w listopadzie się sportowego wydarzyło? Otworzyłam sezon narciarski! W Polsce! zdążyłam jeszcze w listopadzie wyjeździć 19 km i cieszę się jak dziecko, chociaż nie jest to sport, z którego by nie mogła zrezygnować. Nie mam wybitnych predyspozycji do narciarstwa, ale mąż postawił sobie za cel ten diament (mnie znaczy) oszlifować. No to szlifuje od kilku sezonów…. kiedyś może brylant z tego będzie, choć ja oczywiście twierdzę że nadal jestem tylko bryłą węgla w tym temacie.

 

Dodatkowo oczywiście królowało dobre, sezonowe jedzenie. I trochę mniej sezonowe, ale zawsze pyszne. Po isnpiracje jedzeniowe zapraszam codziennie na Instagram.

Trochę też świętowaliśmy….

…bo mieliśmy co świętować! Kolejny krok do zamieszkania w górach zrobiony. Odebraliśmy klucze!