Podsumowanie miesiąca #luty2019

Pisałam miesiąc temu, że nie wiem jak to się stało, że już jest luty. Teraz nie napiszę nic mądrzejszego. Doprawdy nie wiem, czemu patrząc w kalendarz widzę marzec. To chyba najszybciej mijające miesiące mojego życia. Projekt dom – ostatnia prosta. Projekt ultra – ostatnia prosta. Stan Skrzata – ostatnie tchnienia. Ale po kolei. 

 

 

Będzie krótko, bo najzwyczajniej na świecie na wszystko mi czasu nie starcza. Lecę na oparach. Treningi mam coraz trudniejsze, dom wymaga podejmowania tysiąca decyzji i wielu kompromisów. W Leroy i w Ikei prawie mieszkam. Nie licząc sklepów internetowych z dodatkami, krzesłami, elektroniką, pierdółkami, żarówkami… Internety mam przejrzane od A do Z. 

 

Czy trenuję?

Trenuję. 53 godziny prawie w lutym. Sporo, jak na tak napięty grafik i to, że luty miał 28 dni tylko.

Przebiegłam ponad 160 km! Nigdy tyle w ciągu miesiąca nie przebiegłam. Z czego prawie połowa to biegi po górach, ze sporym przewyższeniem w warunkach nadal mocno zimowych, często zaraz po treningu narciarskim. Dumna jestem!

 


Taki piękny i ciepły weekend się trafił w lutym. Reszta hmm.. przemilczę 🙂

 

Warunki do biegania w górach kiepskie. Lód, śnieg, powalone drzewa na szlakach. Polecam tym, którzy odrobili lekcje ze stabilizacji i wzmacniania.

 

 

Chomikowanie trochę poszło w odstawkę – niewiele ponad 6 godzin. Głównie trenażer służył mi jako narzędzie do treningu kompensacyjnego po niedzielnych wybieganiach. Na stoku za to spędziłam 14 godzin. Tak tak, sezon narciarski w Beskidach trwa w najlepsze, a ja nadal nie mam zamiaru rezygnować z białego szaleństwa. 

 

Dni słonecznych na stoku za to zdecydowanie było więcej niż w styczniu.


Kiedy ubrałaś już kask, ale przypomniałaś sobie o umyciu zębów…

 

Treningi siłowe to 16 godzin wyjęte z mojego lutowego życiorysu. Ale to pięknie oddaje przy górskich wybieganiach <3 Stabilizacja u mnie nigdy nie była na takim poziomie! Cel na zimę - wzmocnić się, jak tylko się da, osiągnięty! Mamy to :)

 

 

Ja ciągle liczę na to, że te godziny spędzone na wzmacnianiu oddadzą na ultra…

 

Pływanie nadal przemilczę. Znowu nie dotarłam na basen. Po pierwsze dlatego, że mam problemu z noskiem – podrażniona i krwawiąca przegroda, a po drugie wyprawa na basen mi się ostatnio nie kalkuluje. Za dużo czasu na wybranie się i dojazd. Na trenażerze mogę wybierać lampy na telefonie, pod wodą nie bardzo. Niestety, trzeba odpuścić czasem. 

 

Czysta micha?

Tak. W sumie zadowolona jestem. Znowu, jak na ilość zajęć i możliwości, to jadłam naprawdę super. Zostałam specem od zdrowych obiadów w 15 minut, wykorzystywania gotowych półproduktów czy kombinowana, jak ogarnąć obiady na cały tydzień w półtorej godziny. Ja to wszystko w swoim czasie opiszę, a póki co staram się ile mogę wrzucać codziennie na InstaStory.

 

 

Było miejsce na zdrowe jedzenie.

 

I na rozpustę.

 

Lecę ogarniać dalej. Czajnik dzisiaj przyszedł. Krzesła do kuchni przyjechały. Szafy trzeba zaprojektować. I pogotować coś trzeba na nadchodzące dni. Miłego!