podsumowanie miesiąca,  slow życie,  turbo obroty

Podsumowanie miesiąca #luty2021

Luty był biały. Luty był narciarski. Luty był aktywny. Luty był wyjazdowy. Luty był doskonały.

Szwendałam się na nartach po Beskidach, Bieszczadach i Tatrach. Jadłam dobre rzeczy. Szlifowałam formę narciarską. Próbowałam wrócić do biegania. Zapinkalałam w pracy. Równowaga znaczy. I #slowżycienaturboobrotach w praktyce.

Narty, narty, narty…powtórz

Luty to prawie 30 godzin spędzonych na skiturach i dodatkowych kilka na nartach zjazdowych, bo sezon ruszył dopiero w połowie miesiąca. I co? I j jestem absolutnie ukontentowana zimą! A podczas chwilowego lutowego ocieplenia niemalże się psychicznie załamałam. Żartuję oczywiście, ale naprawdę nie mam dość tej zimy. Skitury mi się nie znudziły, narciarstwa zjazdowego mam niedosyt.

Ilość godzin spędzonych w butach narciarskich jest jak dla mnie imponująca. Zaliczyłam kilka naprawdę genialnych w każdym calu wielogodzinnych wypraw, trochę krótkich wyjść albo zjazdów dla oddechu po pracy, kady rodzaj pogody i temperatury. Dwie rzeczy natomiast pozostały niezmienne – towarzystwo i humory.

Beskidy, Bieszczady czy Tatry? Co wybieracie? Dla mnie każde inne, każde zjawiskowe. Beskidy mam za oknem. Tatry mnie pociągają i imponują, ale to Bieszczady zrobiły mi chyba najlepiej. Ta pustka, ta cisza… jeśli chcecie poczytać więcej i poznać trasy, które przemierzyłam, odsyłam do tego wpisu.

Luty w misce to nadal “akcja rozgrzewanie”

Kartofle z kalafiorem. Pieczone. Niby nic. Mdłe, bez wyrazu. Ale wystarczy kilka składników, trochę cierpliwości przy karmelizowaniu cebuli i pyszny, tani, pożywny, rozgrzewający, aromatyczny obiad wyląduje na waszych talerzach💛

I curry z brokułem i pieczarkam, które może nie jest zbyt urodziwe, ale jak mawia mój drugi tateł „się aniołka przyje#%£|¥, będzie jak w niebie”. Umówmy się, że ta podkładka z koniakowskim wzorem i listki kolendry ratują sytuację. Ale wracając do curry – szybkie, proste, wystarczy że macie w domu: brokuły, pieczarki, cebulę, zieloną pastę curry (od bidy może być żółta, ale do tego zestawienia poleca się jednak zielona), krewetki (albo tofu albo kuraka), mleczko kokosowe i dobry ryż. Tak, dobry ryż robi robotę.

Nie samymi nartami i michą człowiek żyje

18 godzin rowerowania, w domu oczywiście. Trochę treningów z serii “w trupa”, trochę regeneracyjnej jazdy. 9 godzin ma macie – joga, wzmacnianie, siła. Czy powinnam cokolwiek mówić o bieganiu? Chyba nie. Raz wylazłam potuptać w lutym. Raz. I zrobiłam imponujące 6 km. Za to widok miałam fajny – ukochany Poniwiec nadal gotowy na moje szusy, a wszędzie wkoło wiosna. Ale ja jednak poproszę przewagę zimy w kolejnym miesiącu. Do przeczytania w marcu!