#skrzaciebeskidy,  #skrzatmotywuje,  Bez kategorii,  slow życie,  turbo obroty

Podsumowanie miesiąca #marzec2020

Dziwny był ten marzec, może dlatego tak ciężko mi o nim napisać? Zaczął się obiecująco, od podium w górskiej sztafecie. A potem trzeba było zweryfikować mocno swoje plany treningowe…

Ale dla mnie obecna sytuacja nie oznacza załamania nerwowego, płaczu nad nad odwołanymi biegami i rzucenia w kąt aktywności fizycznej, bo przecież się nie da normalnie trenować. Da się. Tylko inaczej. I o ile rozumiem dramat zawodowych sportowców, którzy z tego żyją, tak dla nas, amatorów, to po prostu chwilowa zmiana celu powinna być. Ja nie mam na horyzoncie czerwcowego Grande Finale, choć oficjalnie jeszcze daty nie zmieniono. Mam coś cenniejszego – zdrowe ciało, głowę i radość z każdej formy aktywności. Także tej nowej, którą odkrywam.

Pozory normalności zachować ile się tylko da

Biegowy plan treningowy starałam się w miarę ciągnąć w niezmienionej wersji do końca marca. Bo się dało, bo jeszcze dramatycznie to nie wyglądało choć munż w domu doskonale wiedział jak będzie. Jasne, że odpuszczałam szlaki, odpuszczałam zatłoczone nawet w minimalnym stopniu miejsca, ale się nadal dało zaplanowane jednostki realizować. A z moją znajomością terenu wokół komina i umiłowaniem godzin porannych to w sumie za bardzo się nie musiałam nagimnastykować.

Rowerowania próby były, jakieś pierwsze nieśmiałe podrygi na mtb. Ale munż zajęty był reorganizacją poradni i swojego zawodowego życia, ja sama na mtb nie chciałam się wypuszczać, mając w głowie to, że może niekoniecznie chcę sobie teraz coś zrobić. Potem zrezygnowaliśmy. Wchodziły nowe restrykcje, na rowerze musieliśmy i tak się prześmignąć przez centrum, itd. Ale… ja nie ściągnęłam szosy z trenażera i jadę ostro z formą rowerową, dzięki Alinie i jej trenerowi. Trzy razy w tygodniu dziewczyny z Babskiej Korby pedałują online razem na trenażerach. I to jest mega! Będzie taka forma i taka łyda, że hej!

Marcowe wieczorne jazdy…na krótko!

Czy warto wspominać o ostatnim, jedynym w marcu? To tak, sezon się dla mnie skończył pierwszego marca. Na Poniwcu oczywiście.

Do zobaczenia w przyszłym sezonie!

W ogólnym rozrachunku marzec wyszedł nie tak źle – 53 przetrenowane godziny. Biorąc pod uwagę nastrój, warunki i czas odpoczynku przed i po ultra… jestem zadowolona 🙂

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Znacie to powiedzenie? Na pewno. No to plusy “kwarantanny” i tego, że zdecydowanie więcej czasu spędzam w domu jest odkrycie jogi! Tak, ja przekonałam się do jogi. I to każdej. Niesamowicie dobrze mi to robi. Zarówno poranna power joga, jak i mocno wyciszająca wieczorna. Odkrywam coraz więcej, a moje ciało (głównie plecy) bardzo mi dziękują. Siedzę jeszcze więcej niż w normalnych czasach, bo pracy mam jeszcze więcej. Za co oczywiście jestem wdzięczna, bo wiem jak wiele osób by się teraz za pracę, w której nic się nie zmieniło, dało pokroić.

Przeprosiłam się też z matą. Nie było wyjścia. Treningi wzmacniające i siłowe same się nie zrobią, a z siłowni zrezygnowałam jeszcze przez oficjalnym zamknięciem takich obiektów. Powiem tylko tyle – da się! Jak się chce, to się da. A całkiem możliwe, że te zamienniki otworzą Was na nowe sportowe doznania i w ogólnym rozrachunku bilans będzie na plus.

Domowa piekarnia, czyli nowe umiejętności

Jest jeszcze jeden plus tego całego zamieszania – jestem coraz lepszą piekarką! Piekę już jakiś czas, ale dopiero teraz zaczęłam porywać się na bardziej skomplikowane przepisy, rozkminiać strukturę ciasta, bawić się w składanie i formowanie. I mam z tego niesamowitą radość. A Wy w co się wkręciliście, zyskując trochę więcej domowego czasu?

Ciepła, rozwalona piętka z masłem i miodem… ja tak mogę i rok w domu siedzieć 😉