Podsumowanie miesiąca #Styczeń2019

Nie wiem jak to się stało, że już jest luty. Doprawdy nie wiem.  Zapomniałam już o grudniowym urlopie, nie zauważyłam stycznia, jestem zmęczona, przerażona i jednocześnie podjarana tym, co ma nastąpić w ciągu najbliższych miesięcy. Jeszcze trochę i będę skrobać (regularniej) do Was z Ustronia. Tylko najpierw muszę przeżyć.


A ostatnio mam wrażenie, że może to być trudne. To przeżycie. Jeśli jeszcze kiedykolwiek w życiu zechcę żyć na dwa domy w dwóch miastach, ogarniać te dwa domy, ogarniać żarło w tych dwóch domach, nie rezygnować z sezonu narciarskiego, pływać, trenować pod swój pierwszy bieg ultra w górach, nie zapominać o tym, że sezon rowerowy coraz bliżej i trenażer kurzyć się nie powinien, zacząć nowe projekty w pracy i kupić, a potem wykańczać dom… to niech mnie ktoś mocno palnie w łeb. Dobra? Dzięki.

 

Jak mi się udaje trenować?

Nie wiem. Doprawdy. To chyba kwestia nawyków, konsekwencji i ciągłego udoskonalania logistyki i planowania. A w styczniu przetrenowałam 56 godzin. 

 

 

Przebiegłam prawie 110 km. Nie były to łatwe biegi – praca nad szybkością, czyli moją słabą stroną na bieżni mechanicznej albo wybiegania na lodzie i śniegu, po wcześniejszym nartowaniu. Tak źle, bo bieżnia i tak źle, bo narty i bieganie to totalnie inna bajka.

 


Mroźno i słonecznie? Raz. Dosłownie raz w tym miesiącu podczas mojego biegania.

 

Zazwyczaj było jednak paskudnie zimno, pochmurno i wilgotno. I był zapadający się śnieg i lód.

 

 

A bieżnia? No cóż… to po prostu bieżnia. Musiałyśmy się polubić. Ale nowe buty dają radę.

 

Na trenażerze chomikowałam ponad 10 godzin, potraktowałam to jako trening uzupełniający w tym miesiącu. Za to w butach narciarskich spędziłam 20 godzin (czyli jakieś dziesięć razy więcej niż na szpilkach przez cały zeszły rok). 

 

Powtórka z rozrywki – zazwyczaj bywało śnieżnie i pochmurno. 

Słoneczny dzień na stoku należał do rzadkości.

Ilość różu musi się zgadzać! 

 

Nad stabilizacją, bickiem i tyłkiem pracowałam prawie 18 godzin. To jest cel na zimę – wzmocnić się, jak tylko się da. Mam nadzieję, że ta praca zaprocentuje i odda w sezonie letnim.

 

Ja może i malować się nie umiem. Może czesać też nie. Ale doceńcie dobór kolorystyczny plasterka!

Dzióbka też nie umiem chyba robić…ale krata na brzuchu mi wychodzi całkiem całkiem.

Ale powrót do siłowego treningu po urlopie łatwy nie był. Serio.

 

Pływanie przeliczę. Nie było mi po drodze na basen. Wstyd, ale kilometraż w wodzie nie dobił nawet do 3 kilometrów…

 

Ale zdjęcie sobie walnęłam, jak już dotarłam. A co!

 

Dieto wróć.

Po iście rozpustnym grudniu przyszedł czas względnego opamiętania. Mój organizm był bardzo obciążony kupnymi słodyczami, mniejszą regularnością i tym całym luzowaniem. Baczniej przyglądałam się ilości pustych, nic nie wnoszących kalorii. Tyle w temacie. Wielkich zmian brak, jadłam dużo, ale w 90% zdrowo. No i prawie wcale nie jadałam na mieście.

 

Czy do aktywności fizycznej w styczniu mogę dodać jeszcze takie czynności jak dreptanie po marketach budowlanych, poznawanie wszystkich zakamarków w Ikei i niezliczoną ilość kroków na budowie? Chyba mogę. No i jeszcze dotarcie do granic Internetu, w celu nabycia drogą kupna takich niezbędnych rzeczy jak kanapa czy baterie łazienkowe. 

 

 

Ślę buziaka i uciekam spać. Luty wzywa.