Podsumowanie miesiąca #wrzesień2018

Tak, wiem że już jest październik od tygodnia prawie. Zaległości mam przez ten maraton i przez codzienne życie, które ostatnio jest bardzo naładowane aktywnościami. Ale nie, żebym się obijała we wrześniu, o nie. miesiąc przepracowałam całkiem solidnie, bo co jak co, ale wrzesień to ja lubię. Urodziny mam, to lubię. Tort można zjeść urodzinowy, pogoda zazwyczaj fajna, kolory ładne, sezon na gruszki, figi i śliwki… no lubię wrzesień i już.

 
Bieganie

We wrześniu przedeptałam łącznie 195 km. Zrobiłam trochę przebieżek, trochę szybkości, jedno zwykłe miejskie długie wybieganie (30 km) i dwa fajne długie górskie wybiegania (23 i 30 km), ze sporymi przewyższeniami (nie, to nie jest standardowe przygotowanie do maratonu). Jedno w deszczu i mgle, do których ostatnimi czasy mam szczęście podczas treningów – na podbiegu pod Zameczek tak zacinało, że byłam pewna, że mi soczewki z oczu wypłynęły. Ale moje Beskidy są piękne o każdej porze roku i przy każdej pogodzie.


 / Przemoczona, ale szczęśliwa /



Drugie długie wybiegania miałam za to z typową złotą, polską jesienią w tle. No po prostu uwielbiam takie słoneczne jesienne dni. Nic tylko ruszyć tyłek, a niestety tego dnia spotkałam podczas pierwszych 20 km tylko 2 turystów pieszych i 2 rowerzystów, a ten szlak jest raczej z serii popularnych. 


 
 

/ Po 20 km przerwa na najlepszą drożdżówkę w tej części galaktyki – Schronisko Przysłop pod Baranią Górą, koniecznie tam zajrzyjcie. Wspaniałe ciacha, super właściciele i niepowtarzalny klimat – uwielbiam takie miejsca! /

Jako bonus wystartowałam w sobotę 22 września w górskim biegu. Na spontanie totalnym! W czwartek wieczorem facebook mi przypomniał, że interesowałam się Biegem Rokity po Diabelskiej Równicy. Leżałam już w łóżku, ściorana całym tygodniem i skończonym przed chwilą treningiem szybkościowym, więc się tylko pod nosem uśmiechnęłam do siebie. W piątkowy poranek stwierdziłam, że i tak mam w sumie trening do zrobieni w weekend. Kilometraż się zgadzał, przewyższenie niekoniecznie. Bo nie zakładałam już przed maratonem biegów górskich, typowo terenowych i to z przewyższeniem 740 m na 14km.  Ale…przezornie nabyłam droga kupna corn flakes, chrupki kukurydziane i żelki. Troszku tego w ciagu dnia podjadłam, całą resztą diety się raczej mocno wczoraj nie przejmując (dużo warzyw i owoców, czyli dużo błonnika, a tego zazwyczaj żołądek i jelita biegacza na zawodach nie lubią). Do kolacji podeszłam już bardziej pro i wjechały wyżej wymienione płatki z mlekiem w ilości… hurtowej. No głodna byłam po prostu. Poszłam spać, nie naszykowawszy niczego. Obudziłam się, ciemno za oknem, leje. Sprawdziłam prognozę, nosz kurde do startu ma przestać. Szybka decyzja, ale jakże kobieca: zeżarłam tyle tych węgli wczoraj, co ma w biodra iść?! No to się wyszykowałam jak mogłam, zjadłam dżem, miodek, chrupki kukurydziane, żelki też oczywiście, nowe buty przywdziałam (tak, kolejna głupota, wiem) i oznajmiłam mężowi, że jadę na start. Założenie było treningowe. I tego się trzymałam. Ale po raz kolejny uświadomiłam sobie, że zbiegam jak ostatnia ciapa.  Na podbiegach nawet mój luz z treningowego podejścia  oznacza wyprzedzanie hurtowe , a w dół po wertepach minęłaby mnie zapewne i jakaś babcia na grzybobraniu, gdyby jej się do wnuka spieszyło. No ale trening zaliczony, kwaśnica na mecie również. Kolejne doświadczenie startowe zebrane.

 
Rower

Na rowerze przepedałowałam we wrześniu 360 km, po górach! Treningowo to raczej nie wpisywało się w przygotowania do maratonu, ale w sumie budowanie wydolności i wytrzymałości dałoby się pod to podpiąć. No to podpięłam, bo co mam zrobić. Miłość to miłość. Było trochę mtb i  trochę (więcej) szosy. Czasem w słońcu, czasem w deszczu, ale zawsze fajnie, bo to w końcu rower. I na dodatek z mężem.

Dwie długie i wymagające trasy szosowe zrobiłam dzień po wspomnianych już górskich biegach. Może ja mam jakieś zapędy masochistyczne? Była grana Łysa Góra w Czechach (115 km, 2000 m przewyższenia) i Mała Pętla Beskidzka (98 km, 1800 m przewyższenia) i było bajecznie w obu przypadkach, choć czasem mocy zaczynało mi brakować, nie powiem. Mój organizm się chyba jeszcze tak szybko nie jest w stanie regenerować.

/ Takie widoki! Łysa Góra, Czechy /

/ So happy together…  Łysa Góra, Czechy /


/ Róż musi być 🙂 /

/ Pętlę Beskidzką robiłam już w neoprenowych botkach, ciepłych rękawiczkach i długich gaciach, ale podobno nie ma złej pogody na rower, jest tylko nieodpowiednie ubranie /

 
Inne

Z nowości niekoniecznie związanych ze sportem, to obcięłam włosy. Chociaż właściwie, to jednak ma związek ze sportem. Lubię długie włosy, lubię warkoczyk, lubię bujny kucyk, ale nie lubiłam ostatnio mycia i suszenia, a raczej czasu, który to pochłaniało. Czasem przy dwóch treningach dziennie zaczynało to być uciążliwe. To ścięłam. Odrosną, to nie zęby, choć w sumie fajnie się czuję. Lżej. Może dzięki temu szybciej pobiegnę maraton? 😉

 

O ile pokonam królewski dystans… bo zaczynam się lekko stresować. Walczę od 2 tygodni z kontuzją. Jednego dnia jest lepiej, drugiego gorzej i nie mam bladego pojęcia jak moja lewa noga zachowa się podczas maratonu. Co ma być, to będzie. Ja już dzisiaj jestem z siebie dumna, ale czas na podsumowania maratońskie jeszcze będzie. Póki co, trzymajcie kciuki w niedzielę!



Moje treningi można śledzić na:

 

Suunto Movescount Strava