podsumowanie miesiąca,  slow życie,  turbo obroty

Podsumowanie miesiąca #wrzesień2020

Tak się czasem zastanawiam, dlaczego tak nie lubimy jesieni? Ja lubię. Bardzo nawet. W sumie każdą porę roku lubię, bo każda ma coś fajnego do zaoferowania, a wszystko inne zależy od naszego nastawienia i podejścia. Dla mnie wrzesień to już jesień, bez znaczenia kiedy ona oficjalnie się zaczyna.

A lubię wrzesień chyba najbardziej ze wszystkich miesięcy w roku. I nie dlatego, że mam urodziny. Chociaż może trochę ze względu na ten tort, co to mi go babcia od 31 lat piecze taki sam, hehe? Lubię ze względu na to, że tak wszystko zwalnia trochę u mnie, tak naturalnie zawsze mniej, a bardziej jakościowo trenuję i żyję, większą uwagę skupiam na ciele i duszy i holistycznym podejściu. Nie wiem czemu, tak samo jakoś to wychodzi, może podświadomie szykuję się na zimę i zbieram energię?

Zaczęło się mgliście i towarzysko

Pierwszy dzień września, wolny dzień za jakiś tam sierpniowy, zaplanowane epickie poranne bieganie przed wizytacją Śluńska. A było tak… bardziej dla koneserów. Ale za to śniadanie było pyszne. Tu macie przepis.

A potem spotkałam się z kimś, kogo do tej pory znałam tylko z Instagrama! Agnieszka na żywo jest jeszcze fajniejsza, jeśli jej nie znacie, to lećcie na jej profil i na stronę i zamówcie sobie w przedsprzedaży książkę, którą napisała tracąc możliwość prowadzenia warsztatów. To ponad 100 znakomitych wegetariańskich przepisów na bazie polskich produktów. Jak ja nie kupuję książek kucharskich, tak tę zamówiłam i nie mogę się doczekać.

30h z pampersem na tyłku

Wrzesień nadal był głównie rowerowy – 18 sesji “treningowych”. Sporo. Fajnie, bardzo się najeździłam w tym sezonie i teraz z chęcią przerzucę się na bieganie. Lubię tę zmienność, rotowanie sportami, dzięki temu się nie nudzę, nie mam wypalenia czy zwał jak zwał.

Było i szosowo i czasem nawet się zdarzyło jakieś mtb w końcu. I był towarzyski wyścig Tour de Silesia, zwieńczający projekt Babskiej Korby w tym roku. Była nawet jakaś nieśmiała TURBOustawka w wersji okrojonej, ale było przede wszystkim sporo jazdy samotnej, na odreagowanie po pracy i jeszcze więcej jazdy z Nim. Takie rowerowe #qualitytime.

Figi figami figi poganiają i dynia na deser

Czyli sezonowo do bólu. Królowały figi – w sałatkach, śniadaniach, deserach, kolacjach. No i sezon na dynię się rozpoczął! Jak zawsze po przepisy odsyłam na skrzaci Instagram.

#collectmomentsnotthings

Czyli krótka historia o tym, jak to można zabrać żonę na jeden dzień w Bieszczady. Czemu na jeden? Bo trzeba było być w innym miejscu pełnić obowiązki jakieś tam, ale jak się jej obiecało, że spędzi urodziny na Połoninie Caryńskiej, to się ją po prostu tam zabiera. I ja to szanuję. Tylko dlatego nie wniosłam o rozwód po tym, jak pomylił szlaki i zamiast pętli zrobiliśmy trasę “tam i nazad”… No cóż, nie można mieć wszystkiego.

Z bieganiem się nie przeprosiłam

I tak, nadal nie trenuję pod nic konkretnego biegowo, coś tam tuptałam jako urozmaicenie i przewietrzenie butów. Przebiegłam uwaga we wrześniu… całe 57,3 km. Tadaaaammm! To taki średni dystans tygodniowy u większości biegaczy. Cóż. Będzie lepiej. Może. Bez spiny.

I choć może już trzeba schować krótkie gacie na dno szafy i nie będzie dni na jedzenie zsiadłego mleka po rowerowej wycieczce na schodkach pod domem, to… koc, kot i ciepła herbata przed kominkiem są równie fajne.