#skrzatpoleca,  #skrzatwyjazdowy,  rower,  slow życie,  turbo obroty

Wielka Pętla Bieszczadzka czy Wielka Klapa Bieszczadzka?

Wielka Pętla Bieszczadzka, podobno jedna najciekawszych rowerowych pętli w kraju – 144 kilometry przez Bieszczadzki Park Narodowy, cztery parki krajobrazowe oraz liczne urokliwe miejscowości. Rowerowy „must ride” dla wielu amatorów kolarstwa. Nie powiem, sama napaliłam się jak szczerbaty na suchary, jak tylko podjęliśmy decyzję, że tegoroczne wakacje spędzimy u babci w Sanoku i zabierzemy nasze szoski.

Przyznaję się bez bicia, Bieszczady to dla mnie teren obcy. Byłam parę razy w życiu, ale to było dawno i nie mogę powiedzieć, że Bieszczady znam. Nie znam, ale mam cel, żeby poznać. Skoro ludziska zjeżdżają z całego kraju, by móc podziwiać niesamowite bieszczadzkie widoki, napawać się ciszą i cieszyć bliskością natury, to coś w tym musi być. I ja tego nie neguję, żeby była jasność. Bieszczady z poziomu pieszych wędrówek na pewno są przeurocze i warte penetracji, co zapewne uczynię, ale na pewno nie podczas tego urlopu, bo mnie tłumy ludzi wchodzących na szlaki przeraziły i zniechęciły skutecznie. Ale zostawmy wędrówki i bieszczadzkie szlaki na inny czas, skupmy się na wczorajszym celu – pokonania tytułowej pętli na rowerze szosowym. No to zaczynamy.

Skąd, jak i co?

Jazdę można rozpocząć w sumie z każdego punktu na trasie. Przecież i tak to jest pętla, czyli wrócimy do początku. Oryginalnie jednak podobno rozpoczyna się ona w Lesku. Nam pasował taki początek, bo z Sanoka mieliśmy najbliżej, żeby podjechać autem. Bez problemu zostawiliśmy auto na dużym parkingu pod Tesco. Początek trasy to droga wojewódzka nr 893 od Leska przez Hoczew, Baligród, aż do Cisnej, gdzie wybije Wam mniej więcej 37 kilometr. Tutaj też zjeżdżacie na drogę nr 897do Wetliny i dalej do Ustrzyk Górnych – 73 kilometr. Można się pokusić o o odbicie w stronę Wołosatego i dokręcenie paru kilometrów, ale stamtąd musicie się wrócić i w sumie na oryginalną pętlę się to nie składa. Z Ustrzyk kierujecie się drogą wojewódzką nr 896 przez Smolnik (90 kilometr i celowo to tutaj zaznaczam – szczegóły poniżej) i Czarną Górę aż do Ustrzyk Dolnych (120 kilometr), a potem już ostatnia “prostka” do Leska, drogą krajową nr nr 84. Nie ma opcji, że pobłądzicie, możecie spokojnie nie wgrywać tracka, ale jeśli ktoś potrzebuje, piszcie.

Link do trasy na Strava.

Nie ma się co oszukiwać, to główna arteria komunikacyjna Bieszczad. Jest ruch. Może i tak w większości mniejszy, niż zakładałam, ale jest. Jechaliśmy w środku tygodnia, w godzinach, w których teoretycznie miejscowi powinni być w pracy. No ale przyjezdni mkną przez bieszczadzkie tereny i chyba rowerzyści nie bardzo im się na trasie podobają. Temat rzeka, ale musicie być na to przygotowani. Umówmy się, to nie jest trasa na cieszenie się świeżym powietrzem, pustą wiejską drogą i bliskością dzikiej przyrody. No nie jest i już.

Halo, gdzie te widoki?

O podziwianiu przepięknych widów po drodze też możecie zapomnieć. Serio. Jest kilka punktów na trasie, to fakt, z których widok jest całkiem całkiem. A reszta to typowe snucie się po położonych w dolinach miejscowościach. To nie Beskidy (albo podobno Karkonosze, nie wiem, tylko słyszałam), gdzie wyjeżdża się na wysoko położone przełęcze i gały chcą wyjść z orbit. O tym zapomnijcie. No, może raz powiedziałam ŁAŁ – na Przełęczy Wyżna, skąd pięknie widać Połoninę Caryńską i Wetlińska z Rohem i Osadzkim Wierchem, a dalej nawet Smerek.

A tak to bieszczadzkie krajobrazy z góry to podziwiać trzeba z buta. Nie z poziomu szoski. Takie moje zdanie. Może zwyczajnie nastawiłam się na coś więcej i dlatego byłam lekko rozczarowana?

Czy każdy da radę?

Hmmm…nie wiem. To nie jest baaardzo trudna trasa, ale nie jest też najłatwiejsza i trochę kondycyjnie trzeba być przygotowanym, jeśli się później nie chce kilku dni cierpieć. Takie moje zdanie, bo często się na coś porywamy, przeżywamy, ale potem odchorowujemy. Wiem jak jest, bo sama nie raz tak zrobiłam. A teraz jestem już stara i nie mam już za dużo takich chorych pomysłów. No dobra, ale wracając do trasy i jej profilu – niespełna 1700 m przewyższenia, co dla mnie, kolarki beskidzkiej nie jest dużą liczbą i nie robi na mnie specjalnego wrażenia, tym bardziej na takim dystansie. Ale jak mówię, mam trochę inny punkt widzenia, bo często na godzinnej jeździe po pracy, na niespełna 30 kilometrach potrafię zrobić ponad 700 m w pionie. Także kolarze nizinni, miejcie to na uwadze. Najwyższy punkt na trasie to 874 m n.p.m. na 62 kilometrze (wspomniana Przełęcz Wyżna). 

Profil Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej

Nie szukajcie tutaj długich podjazdów, raczej takie maksymalnie dwu albo trzykilometrowe, reszta to drobne “zmarszczki” i ze trzy (chyba) ścianki, które pojawiają się nagle i zaskakują. Jedna na ostatnich kilometrach – podjazd pod Glinne, czy jakoś tak. No nawet na mnie zrobił wrażenie, jak skubany pojawił się tak nagle przed skrzacimi oczyma, kiedy tak naprawdę już czułam miękkość ciżemek czekających w aucie, na które zamienię karbonowy beton pod stopami.

Mnie osobiście boli tyłek lekko po tej wyprawie (i po dniu wcześniej), bo nie jestem przyzwyczajona do takiej małej ilości stawania w korby. Także wygodne spodenki i maść na tyłek zalecam. No i na pewno nie chciałabym jej robić na raz na innym rowerze niż szosa albo gravel, bo się będzie dłużyć niemiłosiernie. Zresztą bez sensu jechać na mtb 140 kilometrów asfaltem moim zdaniem. A jak już przy asfalcie jesteśmy, to jego stan na całej trasie ogólnie nie jest najgorszy przy czym na większości pobocze czy tam skraj drogi w stanie raczej opłakanym, co może być minusem, jak się chce czmychnąć na bok od pędzącego auta (albo motocykla, bo to trasa kochana przez amatorów tego rodzaju dwóch kółek).

Przy średniej prędkości 26 km/h pokonanie trasy zajęło nam pięć i pół godziny. Nie gnałam, to nie miał być trening, ale też nie snułam się sennie. Nie wiem czemu, ale trochę mnie trasa nudziła i wkurzała pod koniec. A apogeum zniechęcenia osiągnęłam przejeżdżając przez ruchliwe i bardzo nieprzyjazne rowerzystom Ustrzyki Dolne. Dla mnie traumatyczne przeżycie. Kilka było w sumie takich kolarskich koszmarków po drodze. Nie mam ochoty pętli powtarzać bardzo długo. Odhaczone, dziękuję.

Ale…

…przyznam szczerze, że można trasę uratować. Gdyby się podeszło do tego jak do dłuższej wycieczki bikepackingowej, ze zwiedzaniem i spaniem po drodze, to ta trasa będzie dobrym pomysłem. Poruszając się pętlą, zawitamy do najbardziej znanych miejscowości oferujących lokalną kuchnię oraz atrakcje turystyczne – po polecane bieszczadzkie miejscówki zajrzyjcie do Magdy. Trasa Wielkiej Pętli umożliwia również łatwe wejście na najpiękniejsze bieszczadzkie szlaki. Także może to jest pomysł, jeśli ktoś lubi tego typy wyprawy?

A imię jego…88 i 4

Czyli wspomniany już (prawie) 90 km trasy i niesamowite przeżycie kulinarne. Bynajmniej nie z powodu kilometrażu w nogach. Co jak co, na wielu rzeczach się Skrzacik nie zna, ale na żarciu tak. Na uczciwym, dobrym, nieoszukanym żarciu. A takie właśnie jest jedzenie w Wilczej Jamie. Obłedna, czytaj mnie z ust, O-B-Ł-Ę-D-N-A dziczyzna. Jak rower kocham i jak nie lubię gulaszu, to ten z sarny z borowikami był niesamowity. Spróbowaliśmy też carpaccio z sarny (majstersztyk), pasztetu z dzika (totalny szał), rosołu z bażanta z domowym makaronem (pyszka) i zupy gulaszowej z sarny (Pan Munż zachwycony). W ofercie też pstrągi, podobno wyśmienite. Do tego doskonała obsługa, bajeczny widok z tarasu i brak jakichkolwiek dolegliwości żołądkowych na kolejnych 50 km pedałowania (a podjazd był tuż za rogiem). Wpadnijcie tam koniecznie. KONIECZNIE!