Salamandra Ultra Trail 2019, czyli moje pierwsze zderzenie z “ultra”

Dla niektórych ultra zaczyna się od 70 km, dla innych od 80, a jeszcze inni na dystanse poniżej 100 km patrzą jak na przebieżki tempowe. Dla mnie 50 km i to w górach to jest ULTRA. Ultra wysiłek, któremu ktoś kto wstał z kanapy i zaczął tuptać kilka kilometrów przed pracą nie podoła. Więc tak, przebiegłam dwa tygodnie temu swoje pierwsze ultra. I dumna jestem z siebie jak cholera.

I takim oto sposobem zafundowałam sobie całkiem niezły maraton przed biegiem. Maraton logistyczny i działania na pełnych obrotach. Próbowaliście kiedyś pogodzić ogarnianie życia na dwa domy, wykańczanie trzeciego, treningi do ultra, akurat jak na złość nawał pracy zawodowej i sezon narciarski? Nie? Spróbujcie, zabawa jest przednia!

I powiem Wam szczerze, że na dzień przed biegiem chciałam zrezygnować. Po prostu nie czułam się przygotowana. I nie chodziło o wyśrubowanie jakiegoś założonego czasu. Nie. Ja zwyczajnie nie wiedziałam czy podołam tak długiemu wysiłkowi, bo mój organizm działał na oparach. Żyłam z nim na kredyt. Zabrakło czasu na porządną regenerację, która jest tak samo ważna jak trening. Ostatnie dwa tygodnie przed ultra był gwoździem do trumny, w której zamknęłam swoją formę. Kto sprzątał dom po budowie i wykończeniu i się przeprowadzał z innego miasta, ten wie, z czym to się je. Plus praca, łącznie z dodatkowymi szkoleniami. Wróciła też kontuzja sprzed maratonu. Żyć nie umierać. 

 

Ostatnia prosta….

Czwartek, czwarty dzień kwietnia.  Pojawia się lekki stresik, ale większa jest radość z czekającego mnie pizza party z Fantastic Team i motywacja, żeby zdążyć upiec obiecane ciasto. Ufff, ciasto w piekarniku. Ania podsyła członkom grupy artykuł o tym, czego przed ultra nie robić. Remontów na przykład. No fajnie, ledwo co się przeprowadziłam, w domu ciągle coś, sprzątanie i skręcanie nas dobija, a dosłownie 10 minut temu wyszli wykończeniowcy, którzy jeszcze coś tam poprawiali. Trzeba więc po nich posprzątać, kanapy wnieść, a jak mam już karnisz, to zawiesić zasłony. No brawo ja. Na pizza party docieram szurając nosem przy ziemi. Piątek, piąty dzień kwietnia. Dzień przed Salamandrą. Cały dzień miałam taki młyn w pracy, że nie miałam czasu się stresować. Przyszedł wieczór, kończę pisać podsumowanie marca, żeby się czymś zająć, ale czarne myśli i tak pojawiają się w mojej głowie. Nie czuję się przygotowana, nie mam pomysłu na ten bieg. Nawet do końca nie wiem, jak się ubiorę. W chaosie co chwilę coś nowego szykuję, przepakowuję, miotam się. Nie wiem, jaką przyjąć strategię. Nic nie wiem, to moje pierwsze ultra. Zbrojenie w toku Halo, ja w sumie dopiero od 8 miesięcy w miarę regularnie biegam. I tak, jestem przerażona. W co ja się wpakowałam? Kilometry? 50. Przewyższenie? 2660. Prognoza pogody? Deszcz i 8 stopni. Niecałe trzy miesiące przygotowań, w czasie których z innych aktywności oczywiście nie chciałam rezygnować. Mam nadzieję, że sezon narciarski cokolwiek wniósł do siły i sprawności. SUT-50 profil trasy Sobota. To już dzisiaj. Jeju, to serio dzisiaj. A może by tak zostać w łóżku? Nie wydurniaj się Anka, zapłaciłaś, to chociaż spróbuj. Pomyśl sobie o tych, co biegną setkę, od 7 godzin są już na trasie, a Ty mogłaś pospać we własnym łóżku. Próbuję wcisnąć w siebie bułkę z masłem i dżemem, ale żołądek już żyje własnym życiem. Ubieram się, a raczej przebieram kilka razy. Nadal nie wiem, co powinnam na siebie włożyć. Rękawiczki może jednak też wezmę? Wezmę. Kurde, gdzie ja je wsadziłam. Są! Jeszcze tylko trytytkami przyczepić chip i trzeba wychodzić. Zabieram po drodze Ankę. Postanowiłam się jej trzymać na biegu i w ten sposób mieć jakąkolwiek motywację. Tak, o ile dam radę, to będę się trzymać tuż za nią. Tak postanawiam. Nie mam swojej taktyki na ten bieg, ale jak mogłabym mieć? To moje pierwsze ultra. Poza tym naprawdę nie wiem, czy mój organizm da radę. Chwila krzątania się pod Zamkiem w Dzięgielowie, depozyt, siku i nawet się nie zorientowałam, że już… Nie wiem czy to skupienie czy przerażenie…

…ruszamy!

No to lecę za Anką, jak postanowiłam. Jeszcze nie wiem, jak to zrobię na zbiegach, bo ja nadal mam blokadę w głowie i nie zbiegam tak szybko, jak bym chciała. Niczym Scarlett O’Hara w Przeminęło z Wiatrem „nie chcę o tym teraz myśleć”.   Kontempluję piękno przyrody, bo pierwsze kilometry to single tracki przez las. Tylko od zapachu czosnku niedźwiedziego zaczyna mnie trochę mdlić.  Wybiegamy na asfalt, a potem lecimy w kierunku Ostrego Nydeckiego, z którego zbieg poprowadzony jest po zboczu o nachyleniu sięgającym ponad 40%… Tuż przede mną przekoziołkował jakiś facet, ktoś się zsunął na tyłku. Do teraz nie wiem, jak udało mi się tam nie zginąć, ale Ankę z oczu straciłam na chwilę. Trzeba było gonić. Dopadłam ją jeszcze przed punktem żywieniowym w Lesznej Budzin. Lecimy dalej razem, a raczej się wspinamy.   Docieramy na Małą Czantorię, potem człapiemy na Czantorię. Jeszcze nie pada, ale jest mgliście, wilgotno i paskudnie. Pokonuję morderczy zbieg po luźnych kamieniach i korzeniach z Czantorii w kierunku Soszowa (na rowerze testament tam raz w myślach spisywałam). Trzeba uważać na każdy krok, chwila nieuwagi i zabawa może się skończyć, a ja nie chcę jeszcze iść do domu.  Dwudziesty trzeci kilometr, mijam schronisko na Szosowie i ruszam niebieskim szlakiem w kierunku Jawornika. Pozwalam sobie na chwilę rozluźnienia. W końcu nie ma stromych zbiegów z kamieniami, jest w miarę równo, znam ten fragment na pamięć z perspektywy roweru. Nim zdążę pomyśleć, że może to dobry moment na telefon do męża z aktualizacją potrzeb na punkt żywieniowy pod Czantorią, czuję ból w lewej kostce, a zaraz potem ląduję na ziemi. Wykręciłam nogę, nic poważnego, nawykowe skręcenia to u mnie codzienność, ale prawe odnóże wygląda gorzej. Zaliczam klasyczny kolarski szlif bez roweru, brawo ja. Klnę pod nosem, krew się leje, mięśnie pulsują i noga pali żywym ogniem. Anka się zatrzymuje, każe mi sprawdzić czy kości całe. No chyba całe. No to na kilka sekund noga ląduje w śnieżnej zaspie i zgodnie z jej poleceniem lecę dalej. Gdybym nie ruszyła od razu, pewnie bym już tam zostałą. A tak? A tak lecę dalej. Przede mną długi zbieg, a na moje nieszczęście poturbowałam mięśnie pracujące głównie na zbiegu. Łzy lecą, Anka mi ucieka, ale się nie mam zamiaru poddać. Dzwonię do męża, mówię, czego potrzebuję i cisnę. Doganiam moją motywatorkę na podbiegu na Kiczery, potem znowu gubię i znowu łapię pod Gahurą. Na zbiegach chce mi się wyć z bólu. Nie dziwi mnie więc fakt, że w dół nartostradą z Czantorii miałam ochotę się sturlać, byle nie czuć tych stłuczonych mięśni. Anka już dawno na punkcie. Mówi mojemu mężowi, że się wywaliłam i zostałam. Ten myśli, że wcześniej niż za 10 minut, to się mnie nie ma co spodziewać. A tu niespodzianka, bo się w małżeństwie trzeba zaskakiwać podobno, lecę i krzyczę, że chcę tylko wodę na wymianę i kijki. Nie zatrzymuję się. Odbijam chipa na pomiarze czasu, łapię co mam złapać i lecę. A ten stoi z zestawem małego chirurga i zbiera koparę z ziemi. Podobno miałam desperację w oczach. Tak było, znowu ten sam cel: dogonić Ankę. Udało się. Przede mną mordercze trzykilometrowe podejście czerwonym szlakiem pod Czantorię. Kto kiedyś nim szedł, ten wie, o czym mówię. Szliście? A teraz pomyślcie, że macie już ponad 33 km biegu po górach w nogach. Dziękuję, nie mam pytań. W dodatku zaczyna lać. Kurek ktoś odkręcił i to tak porządnie. Psia mać. Jest szczyt! I co? I nic. Trzeba lecieć dalej. Błoto się zrobiło zacne i trzeba bardzo uważać. Po chwili po raz drugi tego dnia jestem na Małej Czantorii i zaczyna się zabawa z technicznymi zbiegami do Cisownicy.   Jestem chyba jedyną, która ze zbiegów się nie cieszy. Błotka robi się coraz więcej, czasem buty można zgubić 🙂 A ja cierpię i raduję się na zmianę. Raduję oczywiście na podbiegach, bo wtedy mniej boli. Choć sił coraz mniej. A przede mną jeszcze wisienka na torcie. Wszyscy się emocjonują jakimiś kamieniołami na koniec. A ja oczywiście nieświadoma. No.. to żeby się nie rozpisywać, wspinaczka po niemal pionowej ścianie dawnego kamieniołomu piaskowca. Razy dwa.   Cały filmik tutaj. Dodajcie sobie do tego padający deszcz i tony błota przywleczonego w agresywnych bieżnikach butów biegowych tych wszystkich, którzy już tam przede mną byli. I wiecie co? To był chyba jeden z fajniejszych momentów na trasie! Może jednak lekcje wspinaczki w liceum nie poszły na marne? Znowu się potem pałętam po single trackach w lesie, stwierdzając, że jak do mety jest więcej niż 5 km, to ja nie dotrę. Nie było.  Ostatnie metry…

 

Dotarłam.

I się poryczałam. Ze szczęścia, z bólu, ze zmęczenia, z dumy z siebie. Katharsis. Dałam radę. Kolejny raz pokonałam samą siebie.

Na metę wbiegłam tuż za Anką. Gdyby nie ona, myślę że bym na nią nie dotarła. Powinnam teraz napisać, że to jak w życiu, cel nam czasem znika z oczu, ale nie warto się poddawać. Ale byłoby zbyt ckliwie. To napiszę, że zjadłam całą czekoladę Studentską, a w domu rzuciłam się na żółty ser, paluszki i kabanosy. Dzień zakończyłam wypasionym burgerem. No i po to się kurde biega, prawda? Dla ciastków i satysfakcji.

 

 

 

Fotografie pochodzą z oficjalnego profilu Beskidzka 160. Specjalne podziękowania również dla Arka J., który focił i dodawał otuchy na Czantorii, nawet w strugach deszczu.